Zwyczaje, tradycje, wierzenia

St. Patrick Day

Wbrew temu co się powszechnie sądzi, święty Patryk nie był Irlandczykiem. Pochodził z Walii, w której urodził się gdzieś około 385 roku naszej ery. Gdy miał 16 lat, został porwany przez piratów i sprzedany do Irlandii. Sześć lat był pasterzem, nim udało mu się uciec do Galii, czyli na tereny dzisiejszej Francji..

Tam przyjął święcenia kapłańskie, rozpoczął działalność misyjną i w roku 432 został biskupem. Pewnej nocy we śnie usłyszał głos, że ma wracać do Irlandii i zająć się jej chrystianizacją. Wrócił zatem i założył tu kilka klasztorów oraz kościołów. Było to – tak nieśmiało zwracam uwagę – 530 lat wcześniej, nim Polska przyjęła chrzest…

Kiedyś św. Patryk kazał wynosić się z wyspy wszystkim wężom – więc te potulnie zabrały się i wyniosły. Legenda milczy jednak jak to zrobiły… Nic także nie wiadomo o tym, że kazał się wynosić dzięciołom i kretom. Może ktoś inny kazał im to zrobić? Dlatego trawniki mogą być idealnie wypielęgnowane, bo rodzeństwa sympatycznego Krtka z kreskówki też tu nie ma.

Co jeszcze… Otóż koniczynka – symbol Irlandii – to także robota św. Patryka. To właśnie na niej tłumaczył dogmat o jedności Trójcy Świętej.

Jedna z gór leżących na północy kraju, w hrabstwie Mayo (mayo – to w potocznym angielskim… majonez) nazywa się Croagh Patrick. Zgadnijcie kto na niej mieszkał przez 40 dni, pościł, sypiał w kamiennym zagłębieniu i modlił się za Irlandię? Zgadliście.

Ale nie liczcie na zdjęcie tej góry. Daleki jestem od chęci wchodzenia na szczyt boso (sic!), po drodze odmawiając z innymi pielgrzymami różaniec i klepiąc pacierze. I co? Dojdę na szczyt (jeśli po drodze ducha nie wyzionę – bo sprzęt ciężki), zobaczę kapliczkę, którą – ponoć w 1905 roku postawiło piętnastu facetów wnosząc na swoich plecach cały materiał budowlany i… zejdę? No sorry kochani… Bez sensu to jest…

Acha… Święty Patryk, jest nie tylko patronem Irlandii, ale także Nigerii.

Św. Patryk zszedł był z tego padołu łez 17 marca 461 roku. I dzień ten jest zarówno świętem narodowym Irlandii, jak i świętem religijnym. Na ulicach odbywają się parady – wypisz wymaluj – jak pierwszomajowe pochody. Tyle, że nie z taką dmuchaną pompą i patosem, ale na znacznie większym luzie. Nosi się zielone cylindry i rude brody, kotyliony z napisem „Pog Mo Thoin” (czyli „pocałuj mnie w dupę”) albo „Kiss me – I am Irish” („Pocałuj mnie – jestem Irlandczykiem). A później – do pubów. I piwo (i to zielone, i to złociste, i rubinowoczarne) leje się strumieniami. A następnego dnia – z bólem serca (głowy?) trzeba iść do roboty…

Co ciekawe, największa parada św. Patryka ma miejsce w jueseju. Za ocean zawieźli ją irlandzcy emigranci, a jankesom bardzo się ten zwyczaj spodobał, więc go przyswoili jak swój.

Niestety: już drugi rok z wiadomego powodu, w Irlandii ani nie ma parad, ani nie można się nawalić jak stodoła po żniwach zielonym piwem z Kilkenny, warzonym specjalnie na tę okazje. Ale o święcie się pamięta i wiele obiektów w mieście oświetlonych jest zielonym światłem…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *