Ludzie, wydarzenia, historia Miejsca

Caha Pass

Wykute w skale tunele, bojownicy IRA i… bimber

Jeśli wyjedziemy z Glengariff w kierunku Kenmare drogą N71, po kilku kilometrach z poziomu oceanu, na którym leży Glengariff, znajdziemy się na wysokości 332 m nad poziomem morza. Dawno zniknie las przez który jechaliśmy, a jego miejsce zajmą nagie, ostre skały które sprawią, że krajobraz stanie się surowy i nieprzyjazny, wręcz wrogi. Jesteśmy na przełęczy Caha Pass.

Drogę przez Caha Pass wybudowano w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku. Łączy ona dwa hrabstwa Cork i Kerry i wiedzie przez pasmo gór Caha Mountains z ich najwyższym szczytem Hungry Hill, mającym 685 metrów. Choć była to niezwykle ciężka praca, jednak pozwalała przetrwać w trakcie trwającej klęski głodu ludziom, pozbawionym jakichkolwiek dochodów. Na przestrzeni kilometra w litej skale wykuto (ręcznie!!!) cztery tunele: najdłuższy z nich nazywa się Turners Tunnel i ma 180 m długości. W tunelu przebiega granica między Cork i Kerry: 110 metrów znajduje się po stronie Cork, 70 – po stronie Kerry.

Trasa jest niezwykle malownicza, tunele ciekawe turystycznie – ale były nieco za niskie i zdarzało się, że nowoczesne autokary zawadzały o sufit tuneli umieszczonymi na dachach klimatyzatorami. Kilka lat temu trzeba było więc nieco obniżyć poziom jezdni.

Tuz za tunelami znajduje się miejsce zwane Druid’s View, a na nim – dwustuletnia farma Molly Gallivan, w której można napić się kawy, zjeść domowe ciasteczka, zrobić zakupy w sklepie z pamiątkami, a także zwiedzić samą farmę.

To bardzo ciekawa historia. Otóż dom Molly Gallivan pierwotnie znajdował się przed wjazdem do pierwszego tunelu, jeszcze po stronie County Cork. Jeśli spojrzycie na zdjęcia – to jest ten mały domek kryty strzechą. Pierwotnie był jednak nieco dłuższy.

Molly owdowiała z siedmiorgiem dzieci; próbowała się utrzymać ze sprzedaży mleka, jajek czy miodu – ale nie było to łatwe. Roboty publiczne na Caha Pass były dla niej wybawieniem: w swoim domu założyła „Sibheen” – coś w rodzaju nielegalnego pubu, w którym sprzedawała równie nielegalny „Poitin” (zwany pieszczotliwie „Molly’s Mountain Dew” „górska rosa Molly”). Trunek musiał być zacny w smaku, bo Molly stanęła na nogach. Założyła nawet mały sklep spożywczy i warsztat, w którym wraz z innymi kobietami przędły wełnę i robiły swetry na sprzedaż.

Nie wiem co stało się później z Molly: nie udało mi się tego ustalić. Domek i przełęcz pojawiają się dopiero znów w roku 1905. Młoda para dwudziestolatków: Mary i Patrick Bonane kupili od swojego krewnego chatkę Molly i postawili obok dwukondygnacyjny dom, urządzając coś w rodzaju zajazdu dla turystów.

W opowieści znajdzie się – a jakże – także wątek sensacyjny: otóż stary i nowy dom były tak zbudowane, że pomiędzy nimi znajdowała się pusta, zamknięta przestrzeń służąca jako magazyn. W latach 20. ubiegłego wieku, podczas wojny o niepodległość Irlandii, w tej skrytce ukrywali się żołnierze IRA – czyli Irlandzkiej Armii Republikańskiej.

Mary i Patrick byli uprzejmą parą i zapewniali poczęstunek wszystkim podróżnym przejeżdżającym przez Caha Pass. Miejsce było więc chętnie i często odwiedzane. Niestety, Mary zmarła podczas porodu, na kilka dni przed ich szesnastą rocznicą ślubu, osierocając sześcioro dzieci wieku od 3 do 14 lat. Mąż przeżył ją o zaledwie 8 lat; cała rodzina rozjechała się po Irlandii, Anglii i Stanach Zjednoczonych.

Kolejna wzmianka o domku na przełęczy pochodzi roku 1997, w którym to roku zmarł ostatni jego mieszkaniec. Dwa lata później nieruchomość została kupiona przez obecnych właścicieli i przeniesiona kilometr dalej. Odrestaurowano budynki i starą farmę, na której wytyczono ścieżkę turystyczną, a w dawnej chacie mieszkalnej urządzono mały zajazd i sklep z pamiątkami.

Na farmie można obejrzeć nie tylko zagrody z żywym inwentarzem (wiecie jaka to radocha dla mieszczuchów zobaczyć żywą świnię, owcę, kaczki czy osła?), ale także miejsca znacznie ciekawsze: rząd neolitycznych kamieni zaznaczających pozycje wschodu słońca podczas letniego przesilenia, palarnię wapna czy ruiny chaty z czasów Great Famine (Wielkiej zarazy ziemniaczanej). Można również zapoznać się z procesem domowego wypieku chleba, kopania torfu oraz… produkcji ‘poitin’. I to nie w małych gąsiorkach, ale od razu w wielkich, dwustulitrowych beczkach…

Co jakiś czas na farmie urządzane są „wieczory irlandzkie” z muzyką ludową, tradycyjnym jedzeniem i… degustacją „poitin”, czyli pędzonego z jęczmienia bimbru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *